Dla REO: Rząd oddaje za prąd

Kwestia rekompensat cen energii staje się głównym tematem ekonomicznym końcówki bieżącego roku w mediach. Sprawa jest poważna – bez wsparcia państwa podwyżki rzędu kilkudziesięciu procent byłyby bardzo dotkliwe dla wielu odbiorców. Prace nad systemem dopłat łagodzących skutki drożejącego prądu pozostawiają jednak wiele do życzenia, a ich przyszłość rysuje się niepewnie.

W tej chwili, mimo, że mamy już prawie połowę grudnia, nie ma jeszcze nawet ustaw regulujących kwestię rekompensat. Ministerstwo Energii zaprezentowało wczoraj główne założenia pierwszej z nich – obejmującej dopłaty dla „Kowalskich”, małych i średnich firm oraz samorządów. Nadal nie wiadomo, co z przepisami przygotowywanymi przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, które mają wprowadzić rekompensaty dla przemysłu energochłonnego potrzebującego ich najbardziej. Coraz bardziej otwarty konflikt pomiędzy resortami z pewnością nie pomaga w wypracowaniu kompleksowych rozwiązań.

Dopłaty tylko na rok?

Ministerstwo Energii, jak już wspomniałem odpowiedzialne za wprowadzenie rekompensat dla „Kowalskich”, małych i średnich firm oraz samorządów, przewiduje, że będą one obowiązywały w 2019 r. To rok wyborczy i zasadne wydaje się postawienie pytania „co dalej”? Czy zostaną one przedłużone na kolejne lata?

Warto podkreślić, że koszt dopłat oszacowano w resorcie energii na 4-5 mld zł, z czego 1 mld ma pochodzić od spółek produkujących energię (PGE, Tauron, Enea, Energa). Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której nie będą one długofalowo podnosiły cen energii (skoro drożeją uprawnienia do emisji CO2 i sam węgiel), a jednocześnie będą partycypować w rekompensatach. Produkcja prądu to jednak biznes i wypadałoby na niej zarabiać. To kolejna przesłanka świadcząca o tym, że system dopłat proponowany przez Ministerstwo Energii jest prowizoryczny i obliczony na rok wyborczy.

Oprócz 1 mld zł od producentów energii na łączny koszt dopłat do drożejącej energii według rozwiązań zaproponowanych przez ministra Tchórzewskiego będzie składać się także budżet państwa i środki ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2. Także w tym przypadku mam kilka istotnych uwag.

Czy wystarczy pieniędzy na dopłaty do rosnących cen energii dla wszystkich chętnych?

Polskie wpływy ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2 to szacunkowo 5,5 mld do 6 mld zł (w zależności od notowań). Z tego tylko część rząd może przeznaczyć na dopłaty, a resztę na działania wzmacniające efektywność energetyczną. Do dyspozycji Ministerstwa Energii oraz Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii pozostaje więc kilka miliardów zł, które można przeznaczyć na rekompensaty. Przy czym apetyt pierwszego z wymienionych resortów jest bardzo duży, a Minister Finansów będzie raczej dążyć, co jest naturalne, do ograniczenia wykorzystania środków budżetowych na dopłaty do rosnących cen energii.

Czy w takim wypadku wystarczy środków ze sprzedaży uprawnień CO2 na rekompensaty dla przemysłu energochłonnego, nad którymi pracuje Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii? Moim zdaniem może być z tym problem. Tymczasem to właśnie te podmioty najbardziej potrzebują dopłat do rosnących cen energii. Bez nich po prostu przestaną być konkurencyjne. Mówimy tu m.in. o przemyśle chemicznym, papierniczym, szklarskim etc.

Komisja Europejska notyfikuje dopłaty według pomysłu Ministerstwa Energii?

Wreszcie moja trzecia uwaga do rozwiązań przygotowanych przez Ministerstwo Energii. W moim przekonaniu opracowany przez resort system rekompensat jest bardzo selektywny (nie obejmuje np. przemysłu energochłonnego), ponadto część małych i średnich firm mogła korzystać z pomocy publicznej. W efekcie nie wiadomo czy propozycje zespołu ministra Krzysztofa Tchórzewskiego zostaną notyfikowane przez Komisję Europejską. Brak takiej notyfikacji byłby prawdziwą katastrofą.

Dalsza część tekstu na REO.

Fot. Pixabay

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *