Home Archive by category Stałe kolumny

Stałe kolumny

PROGNOZA: MOŻLIWY KONFLIKT O ROPĘ W EUROPIE WSCHODNIEJ

Zaostrza się sytuacja na rynkach naftowych w Europie Wschodniej. Rośnie presja na rynki: białoruski i ukraiński. Czy Polska otrzyma uderzenie rykoszetem?

Kwiecień br. obfituje w doniesienia medialne świadczące o nasilającym się konflikcie naftowym pomiędzy Rosją i Białorusią:

• Władze białoruskie poinformowały o tym, że kluczowy ropociąg tranzytowy „Przyjaźń” wymaga konserwacji. Zapowiadany remont miałby wiązać się z wyłączeniem infrastruktury przesyłowej z eksploatacji. Tymczasem jest to główne źródło dostaw ropy dla rafinerii w Płocku należącej do PKN Orlen. Co ciekawe zapowiedzi dotyczące konieczności konserwacji „Przyjaźni” zbiegły się w czasie z zapowiedziami zwiększenia dostaw saudyjskiej ropy przez terminal naftowy w Gdańsku i Ropociąg Pomorski do płockiego zakładu petrochemicznego. Niewykluczone, że PKN Orlen bierze na poważnie ryzyko utrudnień w dostawach ropy z terenu Białorusi.
• Zwiększenie ryzyka eskalacji pomiędzy Mińskiej i Moskwą może sugerować także zapowiedź podniesienia taryf na przesył rosyjskiej ropy przez infrastrukturę białoruską o 23%.

Motywacje Białorusi są uwarunkowaniem wprowadzeniem przez Rosję tzw. manewru podatkowego – zastąpiono cła eksportowe podatkiem od wydobycia. To bardzo mocno uderzyło w białoruski budżet centralny, w którym sektor naftowy jest odpowiedzialny za ponad 20% wpływów (chodzi o zyski z rafinerii w Nowopołocku i Mozyrzu). Są jednak i inne powody: napływ tanich paliw z Rosji na rynki, na których sprzedają swoje produkty zakłady petrochemiczne z Białorusi.

Napięcie w relacjach białorusko-rosyjskich będą eskalować w najbliższym czasie. Świadczy o tym przynajmniej kilka informacji:

• Ukraina zapowiedziała, że udostępni swoją infrastrukturę kolejową Białorusi. Władze w Kijowie są gotowe udzielić w ramach tej współpracy istotnego rabatu swoim partnerom z Mińska. Skąd miałby pochodzić surowiec? Najprawdopodobniej z Azerbejdżanu lub Kazachstanu. Jednak ze względu na charakter transakcji typu SWAP możliwe są najróżniejsze konstelacje w zakresie zorganizowania takich dostaw. Swego czasu pojawiały się informacje, według których Białoruś współdzieliła z polskim PKN Orlen tankowce dostarczające do Europy irańską ropę.
• Najwyraźniej perspektywa wdrożenia przez Białoruś działań dywersyfikujących import ropy jest brana w Rosji pod uwagę. Premier Dmitrij Miedwiediew poinformował, że jego kraj wprowadzi zakaz eksportu ropy i produktów naftowych na Ukrainę. Zasadnym w tym kontekście wydaje się pytanie czy Flota Czarnomorska nie będzie próbowała, podobnie jak miało to miejsce w Cieśninie Kerczeńskiej, zablokować ewentualne dostawy ropy do Odessy przeznaczone dla Białorusi.

Oczywiście kiedy konflikt rosyjsko-białoruski osiągnie swoje apogeum strony powinny osiągnąć jakiś konsensus. Tak bywało do tej pory przez całe lata gdy w branży naftowo-paliwowej Mińsk i Moskwa regularnie aranżowały spory uderzające w odbiorców ropy w Polsce i Niemczech. Jedno z takich napięć doprowadziło nawet do dostaw wenezuelskiej ropy na Białoruś przez Ukrainę. Jednak pomysł szybko zarzucono ze względu na jego nierentowność. Dziś z powodu zmian na światowych rynkach naftowych (dominacja odbiorców surowca, ekspansja dostawców saudyjskich w Europie Wschodniej) wdrożenie takich działań byłoby dużo tańsze, a nawet być może pod pewnymi warunkami rentowne.

Fot. Kremlin.ru

Amerykanie naciskają na drugi gazoport w Polsce

Pierwszy kwartał 2019 r. to okres wyraźnej aktywizacji traktowanego dotąd po macoszemu projektu budowy drugiego terminalu LNG w Polsce. Są trzy główne powody tłumaczące „nowe życie” tej inwestycji.

Podczas senackiej debaty towarzyszącej rozpatrzeniu ustawy o ratyfikacji umowy między Polską a Danią ws. projektu Baltic Pipe padły bardzo ciekawe słowa:

“Ponieważ budujemy interkonektory z sąsiadami (…) by umożliwić naszym sąsiadom ewentualnie dostęp do gazu poprzez polską sieć przesyłową, no to w zasadzie prowadzi nas to do decyzji, która już jest podjęta, że w dalszej perspektywie będziemy budowali pływający terminal do odbioru skroplonego gazu w Gdańsku” – powiedział pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski.

To interesująca wypowiedź ponieważ ws. projektu budowy drugiego „gazoportu” w Polsce nie prowadzono od kilku lat w zasadzie żadnych działań komunikacyjnych. Jedyny przekaz, który pojawiał się na branżowych konferencjach, dotyczył tego, że pływający terminal LNG w Zatoce Gdańskiej to „plan B” na wypadek gdyby pojawiły się problemy z budową gazociągu Baltic Pipe. Ta rura ma pomóc uniezależnić Polskę od rosyjskiego gazu łącząc nasz kraj ze złożami norweskimi. Razem z rozbudowanym „gazoportem” w Świnoujściu, Baltic Pipe miałby umożliwić wypowiedzenie kontraktu jamalskiego z Gazpromem, który zaspokaja większość naszego zapotrzebowania krajowego na gaz ziemny.

Wypowiedź Naimskiego na temat budowy pływającego terminalu LNG w Gdańsku jest nieprzypadkowa. Pod koniec lutego wiceprezes ds. handlowych PGNiG Maciej Woźniak powiedział, że decyzja o realizacji drugiego „gazoportu” może być podjęta jeszcze w tym roku. Widać więc w przypadku tej inwestycji wyraźne wzmożenie informacyjne. Z czego ono może wynikać?

Jedną z możliwości mogą być problemy z dotrzymaniem harmonogramu Baltic Pipe. Pływający terminal LNG miał być w końcu „planem B” na wypadek opóźnienia gazociągu. Co prawda w tym kontekście mowa o budowie i zakupie własnej jednostki, ale nie wykluczałbym pod presją czasu także działań prowizorycznych np. jej wynajęcia np. od firmy Hoegh LNG. Terminy są tu zresztą bardzo ważne bo jeśli w tym roku Polska zdecyduje o zakończeniu współpracy z rosyjskim Gazpromem to w styczniu 2023 r. przestanie on wysyłać do naszego kraju gaz. Jeśli nie uzupełnimy go wolumenami z Norwegii „na stole” pozostaną jedynie połączenia transgraniczne. Ze względu na ich niewielką ilość i niską przepustowość w zasadzie tylko z Niemiec będzie można w takim scenariuszu zakupić odpowiednią ilość surowca na potrzeby polskiego przemysłu. Tyle tylko, że Baltic Pipe jest budowany z powodu braku zaufania do dostaw świadczonych przez system naszego zachodniego sąsiada, który posiada przecież połączenie infrastrukturalne ze złożami norweskimi, po które chce sięgnąć Polska…

Druga możliwość nagłego przyśpieszenia projektu budowy drugiego terminala LNG to gwałtowny wzrost konsumpcji gazu ziemnego w Polsce, który przewidywałem w licznych tekstach w ostatnich latach. Zespół Piotra Naimskiego jest jednak wyraźnie zaskoczony skalą tego zjawiska. Tylko w 2018 r. w stosunku do 2017 r. nasz kraj zużył o około 1 mld m3 „błękitnego paliwa” więcej. To bardzo dużo. W wystąpieniu senackim pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej skorygował już zdezaktualizowane prognozy operatora sieci, spółki Gaz System, i poinformował, że w latach 20. Polska będzie zużywała grubo powyżej 20 mld m3 surowca (w 2017 r. było to nieco ponad 16 mld m3)!

Trzecia możliwość dość nagłej zapowiedzi budowy drugiego „gazoportu” może dotyczyć coraz ściślejszych związków gospodarczych naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. W ubiegłym roku zawarto z Amerykanami gigantyczne umowy na odbiór LNG z powstających w USA terminali. Niewykluczone, że PGNiG będzie zawierać kolejne, a by je odebrać potrzebna jest nowa infrastruktura. W takich działaniach nie chodzi jedynie o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa energetycznego, ale być może jest to po prostu tzw. transakcja wiązana. Władze w Warszawie walczą o zwiększenie obecności amerykańskiej armii nad Wisłą, pozyskanie nowoczesnego uzbrojenia z USA etc. Jednym z warunków Waszyngtonu na takie ruchy może być maksymalizacja korzyści gospodarczych. Stany Zjednoczone powoli urastają w ostatnich latach do roli kluczowego eksportera węglowodorów. Prezydent Donald Trump wielokrotnie zapowiadał, że uzyskanie rynków zbytu dla gazu i ropy, które są pozyskiwane dzięki rewolucji łupkowej w USA, jest dla niego priorytetem. Uważnym obserwatorom znana jest również jego żyłka biznesowa. Tymczasem zacofane dotąd infrastrukturalnie obszary Europy Środkowej, zdominowanej przez rosyjski Gazprom, nadają się idealnie do jego wizji polityki zagranicznej łącząc duży zysk z hasłem „Make America Great Again.

Fot. Hoegh LNG

Rząd pozostawił strategiczny polski gazociąg pod zarządem Rosji

Rząd Zjednoczonej Prawicy mimo deklaracji walki o niezależność gazową nie wdrożył decyzji URE z 2015 r. o przejęciu kontroli przez Polskę nad strategicznym dla bezpieczeństwa energetycznego gazociągiem.

W 2015 r. Urząd Regulacji Energetyki (URE) wydało decyzję w oparciu o opinię Komisji Europejskiej (KE) i Ministerstwa Spraw Zagranicznych (MSZ) dotyczącą „certyfikacji niezależności w związku z pełnieniem funkcji operatora systemu przesyłowego na polskim odcinku gazociągu Jamał-Europa Zachodnia, który stanowi własność spółki EuroPol Gaz”. Jej wdrożenie de facto oznaczałoby przejęcie kontroli nad tą strategiczną z perspektywy bezpieczeństwa energetycznego magistralą. Gaz-System uzyskałby np. klucze informatyczne od EuroPol Gazu i roztoczył nadzór nad pracownikami tej firmy.

Miałoby to wielkie znaczenie w kontekście polsko-rosyjskich relacji energetycznych. Europol Gaz jest bowiem spółką typu joint venture PGNiG i Gazpromu – oba koncerny mają po 48% udziałów we wspomnianym podmiocie (4% posiada także Gas-Trading). Taka struktura zapewnia duży wpływ Rosjan na infrastrukturę przesyłową na terenie Polski, co jest sprzeczne z prawodawstwem europejskim i stanowi niekorzystną dla władz w Warszawie zaszłość historyczną.

Równie istotna jest także inna kwestia. Struktura EuroPol Gaz powoduje, że zyski tranzytowe jakie czerpie nasz kraj z przesyłu rosyjskiego surowca wynoszą maksymalnie 21 mln zł (na Ukrainie są to ponad 2 mld dolarów). Nadwyżka trafia na specjalny fundusz, z którego nie można skorzystać bez zgody obu udziałowców – dziś znajdują się tam olbrzymie środki, które są w ostatnich latach przedmiotem kolejnych negocjacji gazowych.

Sama decyzja o nieprzedłużeniu kontraktu z Gazpromem, która musi zostać podjęta w 2019 r. (a weszłaby w życie w 2022 r.) nie rozwiąże problemu EuroPol Gazu. Tym bardziej dziwi więc stanowisko pełnomocnika rządu ds. strategicznej infrastruktury krytycznej, Piotra Naimskiego, który ani razu nie odniósł się publicznie do kwestii wdrożenia decyzji URE z 2015 r. I to mimo, że jako polityk wielokrotnie zapowiadał wyrwanie Polski z wieloletnich zależności od Gazpromu.

Być może wynika to z obaw przed ostrą reakcją strony rosyjskiej, która w przypadku naruszenia status quo trwającego od 2010 r. zdecydowałaby się na batalię sądową? To zaostrzyłoby relacje dwustronne, a przecież mimo buńczucznych zapowiedzi polityków takich jak Naimski, nadal nie można wykluczyć wynegocjowania jakiejś formy kontynuacji współpracy z Gazpromem. Tym bardziej, że postępująca liberalizacja rynku gazowego w Polsce wkrótce doprowadzi do sytuacji, w której niezależne od państwa prywatne firmy będą mogły kupować surowiec od Rosjan i sprzedawać go nad Wisłą z pominięciem PGNiG.

Oczywiście nawet bez decyzji polskiego rządu sprawą może w końcu zająć się KE, która wiele razy stała już na straży polskich interesów gazowych (np. w 2010 r.). Jednak w przededniu zmian w instytucjach brukselskich związanych z cyklem wyborczym, jest to jednak mało prawdopodobne. Ponieważ sprawa jest delikatna Bruksela wolałaby aby Polska wzięła sprawy w swoje ręce.

Fot. Naimski.pl

Artykuł ukazał się pierwotnie na Osluzbach.pl

Rosjanie zhakowali think-tanki działające w Polsce

Hakerzy powiązani z rosyjskim wywiadem wojskowym dokonali skutecznych ataków na 104 konta pracowników kluczowych europejskich think-tanków zajmujących się polityką zagraniczną i bezpieczeństwem. Na liście znajdują się także podmioty działające w Polsce.

Informacje Microsoft na temat zdarzenia

Firma Microsoft poinformowała w specjalnym komunikacie, że w ramach współpracy z Threat Intelligence Center (MSTIC) i Digital Crimes Unit (DCU) prowadzi codzienne działania zmierzające do ochrony swoich klientów. Według koncernu wykryte ataki hakerskie często obejmują think-tanki i organizacje non-profit zajmujące się tematami związanymi z demokracją, transparentnością wyborczą i polityką publiczną, które mają kontakt z urzędnikami państwowymi.

Microsoft w ramach stosowanej prewencji wykrył niedawno ataki wymierzone w pracowników Niemieckiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych, Instytut Aspen i German Marshall Fund. Amerykański koncern za zgodą wspomnianych organizacji poinformował, że zhakowano 104 konta należące do ICH pracowników w Belgii, Francji, Niemczech, Polsce, Rumunii i Serbii.

Nadal badane są źródła tych ataków, ale według Microsoft wiele z nich pochodzi z grupy, którą nazwano Strontium. Ataki miały miejsce w okresie od września do grudnia 2018 r.

Atakujący w większości przypadków tworzyli złośliwe adresy URL i fałszywe adresy e-mail. Tym sposobem próbowano uzyskać dostęp do danych uwierzytelniających pracowników i zaimplementować na ich urządzeniach złośliwe oprogramowanie.

Według Microsoft wspomniane ataki są ostrzeżeniem dla europejskich przywódców w przededniu wyborów odbywających się w Europie.

Komentarz

Grupa Strontium znana jest także jako jednostka APT28, Fancy Bear czy Sofacy. Zdaniem kluczowych spółek związanych z sektorem cyberbezpieczeństwa (Microsoft, Trend Micro) z dużym prawdopodobieństwem są to hakerzy pracujący na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego, którzy zasłynęli m.in. atakami na parlament Niemiec, Biały Dom, Komisję Europejską, Bank Światowy, NATO, czy amerykańską Partię Demokratyczną. Ostatnia kwestia jest obecnie wnikliwie badana w związku z rosyjską ingerencją w amerykańskie wybory prezydenckie. Prokurator specjalny Robert Mueller ma zaprezentować wyniki swojego śledztwa w najbliższych dniach – co może być wstrząsem dla opinii publicznej w USA.

Atak na kluczowe think-tanki polityczne w Europie ma bardzo istotne znaczenie. To ośrodki, które bardzo często nadają ton polityce zagranicznej kluczowych krajów UE, dysponującą dużą wiedzą ze względu na międzynarodową wymianę informacji (oficjalnych, plotek, a czasem nawet nieoficjalnych), a także związki z kluczowymi instytucjami państwowymi. Takie podmioty stanowią także obszar działania służb. Dlatego wydarzenie nakreślone przez Microsoft należy uznać za bardzo groźne, choć jak poinformował np. German Marshall Fund nie doszło do infiltracji serwera należącego do think-tanku.

Nie zmienia to jednak faktu, że już same informacje pojawiające się w korespondencji oficjalnej mogą być bardzo cenne. Nie wiemy również czy grupie Fancy Bear nie udało się zainfekować urządzeń należących do analityków złośliwym oprogramowaniem. Bardzo często służbowa poczta jest pobierana na urządzeniach prywatnych z powodu zwykłego lenistwa – w takim wypadku mogły wyciec także informacje osobowe pracowników zaatakowanych think-tanków. Rzecz bezcenna np. w kontekście werbunkowym.

Głównym celem uderzenia w kluczowe think-tanki europejskie jak wskazuje Microsoft był kontekst wyborczy. Komunikat firmy wprost precyzuje, że należy spodziewać się dalszych działań wymierzonych w transparentność wyborów w Europie. Ponieważ w całej sprawie pojawia/ją się pracownik/pracownicy zhakowanych instytucji pracujący na terenie Polski rodzi to pytania o przygotowanie rodzimych służb do zabezpieczenia procesu wyborczego w naszym kraju.

Jest to istotne pytanie z przynajmniej kilku powodów. Mam tu na myśli z jednej strony duże ryzyko zwiększonej reprezentacji skrajnych partii politycznych finansowanych przez Rosję w Parlamencie Europejskim (np. ugrupowanie Matteo Salviniego, które stara się konsolidować środowiska określane czasem jako „Putintern”). Z drugiej strony w Polsce również zauważalny jest proces konsolidacji takich grup w przededniu wyborów europejskich.

W kontekście działań Fancy Bear należy zadać ważne pytania dotyczące Polski. Wspomniałem już o zabezpieczeniu procesu wyborczego, ale należy odnieść się do jeszcze jednej rzeczy. Tym razem atak hakerski spadł na German Marshall Fund, a właściwie pracownika/pracowników warszawskiego biura tej organizacji (być może również analityków dwóch pozostałych fundacji wymienionych przez Microsoft). Co się wydarzy jeśli następnym razem takimi działaniami zostaną objęte PISM czy OSW? Czy są na to gotowe?

Tekst ukazał się pierwotnie na Osluzbach.pl.

Fot. Pixabay

PGNiG: W tym roku decyzja o przyszłości kontraktu z Gazpromem

Jak poinformował podczas konferencji wynikowej PGNiG wiceprezes Maciej Woźniak: w tym roku zostanie ogłoszona decyzja ws. przyszłości kontraktu jamalskiego.

Kontrakt jamalski to największa umowa dotycząca importu gazu ziemnego jaką posiada w swoim portfelu PGNiG. Umowa przez lata umacniała monopol rosyjskiego Gazpromu na polskim rynku. Wielokrotnie krytykowano ją za niekorzystne dla Polski zapisy: począwszy od bardzo wysokiej ceny gazu po czas jej obowiązywania.

W 2019 r. Polska zgodnie z zapisami kontraktu jamalskiego musi podjąć decyzję odnośnie jego przyszłości mimo, że umowa PGNiG z Gazpromem wygasa w 2022 r. To trudne zadanie ze względu na odpowiednie zabezpieczenie przemysłowych odbiorców krajowych. Gra toczy się o ważny obszar polskiej gospodarki.

W momencie wstrzymania dostaw rosyjskiego gazu musi już funkcjonować gazociąg Baltic Pipe, a terminal LNG w Świnoujściu winien być rozbudowany. Kluczowe jest tu więc zgranie harmonogramów kluczowych inwestycji z decyzją dotyczącą przyszłości kontraktu jamalskiego. W tym kontekście decyzja PGNiG o kontynuacji bądź braku kontynuacji współpracy z Gazpromem może być ważnym papierkiem lakmusowym tego jak przebiega plan uniezależnienia Polski od rosyjskiego gazu.

W całej sprawie ważny jest także kontekst polityczny. Sprawa przyszłości kontraktu jamalskiego to klasyczny „gorący ziemniak”. Budzi ona olbrzymie emocje społeczne dlatego prawdopodobnie zostanie przesunięta na okres powyborczy. Osobiście nie zdziwiłbym się gdyby w przypadku zwycięstwa Zjednoczonej Prawicy mimo dotychczasowych, buńczucznych zapowiedzi, zdecydowano się na przedłużenie współpracy z Gazpromem – tyle, że na lepszych warunkach. Gdyby wygrała jednak Koalicja Obywatelska to wykonując taki sam ruch będzie aktywnie krytykowana przez PiS i koalicjantów tej partii.

Póki co wiceprezes Maciej Woźniak twierdzi, że decyzja o przyszłości kontraktu jamalskiego zostanie podjęta ze wskazaniem na jego nieprzedłużenie. Menadżer coraz częściej komunikuje także możliwość szybkiego kupna pływającego terminala LNG (jednostki typu FSRU), który stacjonowałby w Zatoce Gdańskiej. Być może jest to klucz do zrozumienia tego co wydarzy się na krajowym rynku gazu w najbliższej przyszłości.

Fot. Pixabay

Czy czeka nas druga nowelizacja „ustawy prądowej”?

Chaos związany z ustawą prądową, która miała zrekompensować odbiorcom rosnące ceny energii nasila się.

Tzw. „ustawa prądowa” została pod naciskiem Komisji Europejskiej znowelizowana w lutym przez Ministerstwo Energii w związku z niezgodnymi z prawem europejskim ograniczeniami niezależności regulatora (chodzi o URE), ale dotąd nie opublikowano do niej rozporządzeń. Zgodnie z wypowiedziami ministra Krzysztofa Tchórzewskiego ma się to stać do końca marca.

Póki co nie wiadomo w jaki sposób stosować nowe przepisy. W efekcie odbiorcy bardzo często odczuwają większe ceny energii, ponieważ dostawcy mają czas na wdrożenie nowych przepisów i zrekompensowanie podwyżek do końca pierwszego kwartału 2019 roku.

Dochodzi także do sytuacji, w których proces nowego zakontraktowania energii trwa i odbiorcy przez pewien czas są zmuszeni korzystać z usług tzw. dostawcy rezerwowego, który narzuca maksymalne stawki. Tak było np. w Jeleniej Górze gdzie ceny prądu wzrosły o 100 proc. Miasto podpisało nowy kontrakt z Tauronem (oczywiście droższy od tego z 2018 r.) 31 grudnia i nie przewidziało, że spółka ma 21 dni na rozpoczęcie jego realizacji. O sprawie informował Bartłomiej Derski z portalu WysokieNapiecie.pl.

Inne zjawisko wynikające z chaosu legislacyjnego dotyczy bezpośrednio spółek energetycznych, które wstrzymały z powodu niepewności legislacyjnej pozyskiwanie nowych klientów.

Na marginesie warto dodać, że według ministra Tchórzewskiego energetyka miała nie ponosić strat związanych z nowymi przepisami. Tymczasem jak informuje Barbara Oksińska na łamach Parkietu: „Energa, po zbadaniu jej ubiegłorocznych wyników przez audytora, musiała zawiązać rezerwę w wysokości 136 mln zł, która uwzględnia szacunkowy wpływ ustawy zamrażającej rachunki za prąd”.

Od jesieni ubiegłego roku (sic!), gdy resort energii zaczął przymierzać się do wypracowania sposobu zrekompensowanie podwyżek cen energii trwa więc kompletny paraliż. Niestety mimo zapowiedzi Tchórzewskiego niewiele wskazuje by miało się to zmienić w ciągu kilku tygodni.

Po pierwsze, sprawa będzie miała najprawdopodobniej swoje długofalowe reperkusje sądowe. Prywatni sprzedawcy energii poważnie rozważają pozwanie skarbu państwa za straty jakie ponoszą w związku z indolencją Ministerstwa Energii.

Po drugie, jak informuje Dziennik Gazeta Prawna: „Komisja Europejska uważa, że nowelizacja ustawy prądowej nie usunęła jej wszystkich błędów. A to może oznaczać, że chaos nie zniknie wraz z publikacją rozporządzeń”. Zdaniem dziennikarek: Karoliny Bacy-Pogorzelskiej i Justyny Piszczatowskiej chodzi m.in. o „zbyt szeroki zakres regulacji cenowych” czy „ustawowa cena dla wszystkich odbiorców”.

Czy czeka nas zatem kolejna nowelizacja „ustawy prądowej”? W moim przekonaniu byłoby to trudne z perspektywy prestiżowej i zapewne resort energii będzie próbować w jakiś sposób rozwiązać ten problem rozporządzeniami. Jednak taka praktyka jest wątpliwa prawnie – nie można zmieniać kiepskich przepisów niższym w hierarchii aktem wykonawczym. A przynajmniej „nie powinno się” ponieważ praktyka obecnych rządów pokazuje głęboką pogardę do stanowienia przepisów, jego przestrzegania, a także „dobrych obyczajów”, które stanowią element kultury prawnej cywilizowanych państw.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na to, że chaos wygenerowany przez Ministerstwo Energii przyniósł finalnie szkody gospodarcze znacznie większe aniżeli w przypadku urealniania cen energii. Doskonałym tego przykładem są straty prywatnych firm energetycznych, które w większym stopniu wynikają z niepewności legislacyjnej niż otoczenia rynkowego. Przeważyła polityka i perspektywa wyborcza.

Swoistym chichotem historii jest najnowszy „Raport o inflacji” Narodowego Banku Polskiego, którego główną tezą chciałbym spuentować niniejszy tekst. Dokument stwierdza wprost, że: „Przyjęte w procesie sporządzania każdej projekcji założenie o braku zmian regulacyjnych w horyzoncie prognozy oznacza, że po 2019 r. ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw nie będą zamrożone i wzrosną zgodnie z działaniem mechanizmów modelu prognostycznego uwzględniającym utrzymanie niższej akcyzy oraz opłaty przejściowej.”

Dalsza część tekstu na REO.pl.

Fot. Pixabay

Gdzie się podziały jawne raporty ABW?

Polskie służby nie dostrzegają dziś pozytywnego wpływu jaki daje prowadzenie przemyślanej polityki komunikacyjnej. To wbrew światowym trendom.

Estoński wywiad opublikował kolejny doroczny raport ze swojej działalności. Nie zdradza on wielu szczegółów z działalności służby, ale pokazuje główne kierunki zagrożeń dla interesów państwa.

Dokument skupia się na wskazaniu:

  • przeciwników (Rosja, Chiny),
  • ich strategii (polityka zagraniczna, doktryny wojskowe),
  • głównych obszarów działalności międzynarodowej przy szczególnym uwzględnieniu ich wpływu na Estonię (Białoruś),
  • zagrożeń wewnętrznych dla kraju (cyberbezpieczeństwo, rosyjskie grupy hakerskie, stacje nasłuchowe).

Dzięki materiałom tego typu rośnie więc zaufanie do służb specjalnych wśród obywateli, a tym samym poparcie dla tego typu instytucji, co jest niezwykle istotne dla skuteczności ich działania.

Taki jest zresztą obecnie trend światowy. Czołowe agencje zdają sobie sprawę z tego, że większa otwartość nie zagraża w żaden sposób tajemnicom, a znacznie ułatwia zdobywanie lepszego finansowania (nacisk społeczny na polityków) czy rekrutację. To rzecz bardzo istotna np. w kontekście konieczności pozyskiwania informatyków do służby w dobie cyfryzacji wszystkich dziedzin życia, mimo, że nie można zapewnić im poziomu uposażenia z firm prywatnych.

Drugim elementem poza budowaniem transparentności i zaufania do agencji jest edukacyjny charakter materiałów takich jak raport estońskiego kontrwywiadu. Dokumenty tego typu są fragmentarycznie kolportowane przez media i docierają szeroko do społeczeństwa np. poprzez portale horyzontalne. Można dzięki temu zwiększyć świadomość społeczną przed zagrożeniami, od których roi się współczesny świat.

Cyberhigiena związana z koniecznością budowania skomplikowanych haseł do usług cyfrowych oraz ich regularnej zmiany, „furtki” jakie w produkowanych przez siebie sprzętach pozostawiają koncerny – to tylko niektóre z przykładów. Są i bardziej przyziemne – jak opis ryzykownych zachowań w kontaktach z cudzoziemcami. Dla wielu specjalistów są to błahostki, ale dla zwykłych obywateli bardzo ciekawe informacje, które łącznie składają się na istotne wzmocnienie bezpieczeństwa państwa.

Niestety polskie służby nie dostrzegają dziś pozytywnego wpływu jaki daje większe otwarcie komunikacyjne na świat i prowadzenie przemyślanej polityki wizerunkowej. ABW ostatni jawny raport roczny wydało w 2014 r. Od tego momentu zapanowała cisza. Obecny rzecznik ministra koordynatora ds. służb, Stanisław Żaryn, skupia się raczej na publikowaniu kolejnych felietonów historycznych na łamach gazet i portali, aniżeli nad zmianą jakościową w obszarze komunikacji. Nic nie zapowiada zmiany tego stanu rzeczy. Póki co szczytem działań PR polskich służb specjalnych pozostaje prowadzone przez Agencję Wywiadu konto w serwisie Twitter.

To bardzo smutne. Może w końcu ktoś pójdzie po rozum do głowy?

Fot. Pixabay

Artykuł ukazał się pierwotnie na Osluzbach.pl.

Polskie służby mają problem z Apple?

Ciekawy obraz wyłania się z raportu Apple na temat zagranicznych żądań dotyczących informacji o klientach amerykańskiej firmy technologicznej. Dokument odnosi się do pierwszej połowy 2018 r. i pokazuje w jaki sposób koncern z Cupertino przekazuje dane krajom takim jak Polska.

Produkty Apple stanowią w Polsce pierwszy wybór dla wielu polityków, dziennikarzy czy biznesmenów w odniesieniu do bezpieczeństwa w sieci. Zwraca się uwagę na częste aktualizacje oprogramowania komputerów czy smartfonów amerykańskiej firmy, zamknięty charakter ekosystemu i restrykcyjną politykę prywatności. Czy tak jest w istocie?

Raport firmy dotyczący pierwszej połowy 2018 r. prezentuje bardzo ciekawe dane. Chodzi np. o zestawienie wniosków zewnętrznych (a więc potencjalnie ze strony polskich służb specjalnych choć nie tylko) skierowanych do Apple w związku z żądaniami dotyczącymi udostępnienia informacji dotyczących kont klientów.

Ze strony Polski wnioski dotyczyły w omawianym okresie 15 kont. Tylko w przypadku jednego Apple przekazało wszystkie dane takie jak nazwa i adres klienta, treści z iCloud w tym zdjęcia, e-maile, szczegóły kalendarza, kontakty czy kopie zapasowe. W przypadku 6 kont przekazano stronie polskiej dane nie będące treścią takie jak powiązania konta z innymi usługami czy informacje transakcyjne.

Raport prezentuje również w jaki sposób koncern z Cupertino reaguje na żądania dostępu do danych dotyczących urządzeń (a więc np. numerów IMEI) wystosowywanych przy okazji ich zgubienia czy kradzieży oraz wniosków prawnych (spory dotyczące majątku etc.). Są one generalnie akceptowane przez amerykańską firmę. W pierwszej połowie 2018 r. zapytania dotyczyły 14060 przypadków z czego w 81% zostały one przekazane stronie polskiej.

Fot. Pixabay

Artykuł ukazał się pierwotnie na Osluzbach.pl.

Globalna wojna handlowa wpływa na polską energetykę

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego narastającego pomiędzy Waszyngtonem i Pekinem może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski.

Sinopec, chińska państwowa korporacja naftowo-chemiczna, zamierza podpisać 20-letnią umowę na dostawy skroplonego gazu ziemnego (LNG) z amerykańskim koncernem Cheniere Energy – informuje Reuters powołując się na własne źródła.

Obie firmy uzgodniły umowę pod koniec 2018 roku po kilku miesiącach negocjacji, ale jej podpisanie zostało przełożone z powodu narastającego sporu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Sinopec planuje kupić od Cheniere około 2 milionów ton LNG rocznie, począwszy od 2023 roku.

Po ostatnich negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi i Chinami pod koniec lutego prezydent Donald Trump przesunął kolejną podwyżkę ceł na chińskie towary zaplanowaną na 1 marca. Według doniesień medialnych strony są na ostatniej prostej w ramach konsultacji dotyczących kwestii handlowych i mogą osiągnąć ostateczne porozumienie już pod koniec marca podczas spotkania dwóch szefów państw. Są to jednak informacje nieoficjalne.

Perspektywa złagodzenia konfliktu handlowego, który pozostaje zmorą kluczowych ekonomistów na świecie może mieć ciekawe implikacje energetyczne dla Polski:

Amerykańskie LNG systematycznie wdziera się na rynki będące centrum zainteresowania rosyjskiego Gazpromu. Chiny miały dać tej firmie możliwość zrekompensowania strat (tzw. pivotu) jakie ponosi ona ostatnio w Europie (Polska, Ukraina). Tymczasem również Państwo Środka zaczyna interesować się gazem skroplonym z USA. Nie chodzi tu bynajmniej o niewielki jak na razie kontrakt Sinopec-u, ale o szerszy trend. Gazprom musi brać pod uwagę konieczność ostrzejszej walki o swoich klientów w niedalekiej przyszłości. Być może jest to duża szansa dla Polski, która musi zdecydować w tym roku czy kontynuować współpracę z rosyjskim dostawcą w ramach kontraktu jamalskiego?

Złagodzenie konfliktu handlowego Stanów Zjednoczonych i Chin powinno przełożyć się na większy import węgla przez Państwo Środka, a w efekcie cena tego surowca pozostanie wysoka. To istotna informacja pod kątem szacowania cen energii na naszym rynku.

W tym kontekście warto wspomnieć również o szansie na mniejsze turbulencje dla światowej gospodarki jeśli Waszyngton i Pekin wynegocjują zawieszenie broni. W efekcie mogłoby to utrzymać duży popyt na uprawnienia do emisji CO2. To natomiast jeden z najbardziej cenotwórczych czynników na rynku energii w Polsce ze względu na dużą liczbę starych bloków węglowych.

Fot. Pixabay

Artykuł ukazał się pierwotnie na Osluzbach.pl.

Jakie ceny energii w 2019 r.?

Perspektywa globalnego spowolnienia światowej gospodarki, problemów ekonomicznych Chin i ich wojny handlowej z USA, a także ryzyko twardego Brexitu dadzą polskiemu rządowi chwilę oddechu. Szybki wzrost cen energii wyhamuje.

Ceny energii będą kluczowe dla przyszłości polskiej energetyki. Ich wysoki poziom może zmusić rząd do modernizacji sektora, a niski do gry na czas i odkładania ważnych decyzji na kolejne lata. Z tego powodu warto dokonać krótkoterminowej prognozy wspomnianego zjawiska.

Kluczowe dla finalnego kosztu energii w Polsce w nadchodzącym roku są dwie kwestie: ceny uprawnień do emisji CO2 oraz węgla. Oba czynniki są mocno związane z węglowym charakterem polskiego miksu energetycznego, w którym na domiar złego dominują stare, 30-40 letnie bloki węglowe. Aby zatem odpowiedzieć na pytanie czy w bieżącym roku będzie miała miejsce presja cenowa na producentów energii, a w efekcie czy będą oni zmuszeni w jakiś sposób zrekompensować sobie większe koszty wytwarzania, trzeba przyjrzeć się bliżej wspomnianym kwestiom.

Ceny węgla w 2019 r.

Jeszcze na początku 2016 r. ceny węgla w kluczowych portach ARA stanowiących benchmark dla naszego regionu wynosiły około 45 $ za tonę. Jednak od dwóch lat ten surowiec znacznie zdrożał i jego koszt utrzymuje się na poziomie co najmniej 80 $ (często przebijając nawet 100 $). Głównym winowajcą są Chiny, które importowały w omawianym okresie gigantyczne ilości „czarnego złota” finansując w ten sposób swój wzrost gospodarczy. Państwo Środka generuje bardzo dużo energii z kopalin wbrew kreowaniu wizji głębokiej dekarbonizacji. W 2016 r. było to aż 945 GW.

W bieżącym roku sytuacja zaczyna się jednak nieco zmieniać. Znów głównym rozgrywającym na rynku węgla jest import chiński, który jednak zaczyna słabnąć. W czwartym kwartale 2018 r. władze w Pekinie ograniczyły zakupy węgla (o ponad 20 mln ton miesięcznie aż do lutego) spodziewając się istotnej korekty wzrostu gospodarczego. I rzeczywiście tak się stało. Z danych opublikowanych w styczniu br. wynika, że wzrost gospodarczy w Państwie Środka wyniósł w 2018 r. 6,6% PKB i był najsłabszy od 1990 r. Z czego to wynika?

Po pierwsze z amerykańskiej presji, którą część analityków zaczyna wprost nazywać wojną handlową. Po drugie z wyczerpywania się dotychczasowego chińskiego modelu gospodarczego – brakuje taniej siły roboczej, narastają problemy demograficzne i środowiskowe etc. Po trzecie według większości instytucji monitorujących kondycję światowej gospodarki nadchodzi spowolnienie. Wnioski?

Powyższe czynniki nie są jeszcze aż tak spektakularne by dokonać istotnej korekty importu węgla przez Chiny, niemniej w jakimś stopniu będzie ona miała miejsce. W efekcie wahania cen „czarnego złota” w 2019 r. powinny być dość podobne do tych, które obserwowaliśmy w 2018 r. A więc gdyby chodziło o sam koszt surowca do polskich elektrowni to nie mielibyśmy dużego problemu w nadchodzących miesiącach ze wzrostem kosztów energii.

Ceny uprawnień do emisji CO2 w 2019 r.

Przejdźmy zatem do drugiego, istotniejszego czynnika cenotwórczego na polskim rynku energii. 2018 r. to okres szybkiego drożenia uprawnień do emisji CO2 od 8,49 euro za tonę w styczniu do 25,79 euro za tonę w grudniu. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że mechanizm polityki klimatycznej UE, a więc także jej trzonu jakim jest system handlu emisjami, ma na celu wzrost kosztów wytwarzania energii z węgla – jednak tempo tego zjawiska w ostatnich miesiącach wielu zaskoczyło. Z czego zatem wzięły się tak imponujące wzrosty?

Po pierwsze z wprowadzenia reformy systemu UE ETS w tym mechanizmu MSR. Docelowo mechanizm ten powinien wycofać z rynku około 1,6 mln pozwoleń, które trafią do specjalnie utworzonej rezerwy (12% z nadwyżki z 2017 r. oraz 12% w kolejnych latach jeśli nadwyżka wyniesie w danym roku ponad 833 mln jednostek EUA). Celem mechanizmu jest zwiększenie kosztu uprawnień do emisji CO2 i zmuszenie krajów członkowskich Unii Europejskiej do modernizacji energetyki w kierunku niskoemisyjnym. Polska i inne państwa mają obowiązek implementowania przepisów tej dyrektywy do swoich porządków prawnych do dnia 9 października 2019 roku. Stąd duża nerwowość na rynku uprawnień do emisji CO2. No właśnie, rynku…

Po drugie nowe przepisy wprowadzone 1 stycznia 2018 r. spowodowały, że uprawnienia stały się instrumentami finansowymi. Umożliwiło to firmom inwestycyjnym rozpoczęcie skupowania ich do swoich portfeli. Polski rząd nazwał to zjawisko skądinąd niesłusznie spekulacją, która zawyżyła ceny.

Po trzecie, prognozy astronomicznych cen jakie miały rzekomo osiągać w 2019 r. i 2020 r. uprawnienia także wpłynęły na rzeczywistość rynkową.

Jednak dziś sytuacja powoli się uspokaja i nawet bez interwencji polskiego rządu w Komisji Europejskiej wydaje się, że poziom 25-30 euro za tonę CO2 wydaje się realny w bieżącym a nawet przyszłym roku. Być może do tych prognoz, zbliżonych do prezentowanych np. przez brukselskie think-tanki jak Carbon Tracker, trzeba będzie uwzględnić także brexitową korektę. Twarde wyjście Wielkiej Brytanii z UE może zmniejszyć europejski wzrost gospodarczy i ceny uprawnień (zmniejszenie popytu).

Tekst ukazał się pierwotnie na REO – tam też znajdziecie Państwo jego pełną wersję.

Fot. Pixabay