Home Blog Right Sidebar

Na Bizblog: PiS wykańcza rynek energii

Tzw. „ustawa prądowa” określająca w jaki sposób odbiorcom energii rekompensować podwyżkę cen prądu „funkcjonuje” bez wydania rozporządzenia, a więc nie wiadomo jak ją stosować.

Ten prawny „kot Schrödingera” liczy już sobie ponad 4 miesiące. Byłoby to nawet całkiem zabawne zjawisko gdyby nie fakt, że dziesiątki firm i samorządów ponosi z tego tytułu olbrzymie straty finansowe – piszę na Bizblog.pl.

Fot. Pixabay

Na Osluzbach.pl: Kryzys perski. Czy ropa znów spłynie krwią?

Rośnie napięcie w Zatoce Perskiej, a rynki naftowe z uwagą obserwują Cieśninę Ormuz – „wąskie gardło” globalnych dostaw ropy naftowej.

Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń

13 maja minister energetyki Arabii Saudyjskiej Chalid al-Falih poinformował, że dwa saudyjskie tankowce zmierzające do portu Ras Tannura zostały poważnie uszkodzone podczas „ataku sabotażowego”.

Tego samego dnia ministerstwo spraw zagranicznych Zjednoczonych Emiratów Arabskich ujawniło, że u wybrzeży miasta Al-Fudżajra doszło do „aktów sabotażu” na cztery statki handlowe. Rejon ten przylega do Cieśniny Ormuz oddzielającej Zatokę Perską od Oceanu Indyjskiego i jest głównym centrum logistycznym dla przemysłu naftowego.

48 godzin po ataku na saudyjskie tankowce dwie przepompownie ropy naftowej na terenie Arabii Saudyjskiej zostały zaatakowane przez drony. Do ataku przyznali się szyiccy Huti wspierani przez Iran. Toczą oni zacięte boje z wojskami saudyjskimi na terenie Jemenu.

Tego samego dnia Stany Zjednoczone ewakuowały część ambasady w Bagdadzie (Irak) twierdząc, że jest ona zagrożona ze strony Iranu.

Komentarz

Przedstawiony powyżej ciąg wydarzeń jest nieprzypadkowy i wiąże się z wypowiedzeniem przez Stany Zjednoczone porozumienia atomowego z Iranem, a także przywróceniem sankcji ograniczających handel irańską ropą. Ruch ten, mimo, że była mu nieprzychylna Unia Europejska, spowodował, że władze w Teheranie stanęły przed koniecznością przygotowania się na drastyczny spadek wpływów budżetowych. O skali problemów niech świadczą prognozy sugerujące, że w tym roku inflacja w tym kraju sięgnie 40%.

Działania administracji Trumpa osłabiły ponadto liberalną frakcję polityków irańskich na czele z prezydentem Hasanem Rouhanim. To wszystko musiało przełożyć się na zaostrzenie kursu przez Iran.

W efekcie działań amerykańskich władze w Teheranie wstrzymały oficjalnie 15 maja realizację swoich zobowiązań wynikających z porozumienia atomowego. Ataki na infrastrukturę naftową i szlaki handlowe w rejonie Zatoki Perskiej to jasny sygnał Iranu, że może on sparaliżować światowe rynki naftowe dezorganizując „wąskie gardło” w cieśninie Ormuz. Wydaje się jednak, że takie ruchy mają charakter polityczny – władze irańskie nie zdecydowały się przecież na firmowanie takich działań własną flagą i wykorzystały do tego celu sprzymierzonych Huti.

Także Stany Zjednoczone podkreśliły, że „nie dążą do wojny z Iranem”. Przybywający w Soczi sekretarz stanu Mike Pompeo ostrzegł jednak, że jeśli interesy USA znajdą się w niebezpieczeństwie to jego kraj stosownie zareaguje.

Skutki dla Polski

Polska w coraz większym stopniu jest zależna od gazu i ropy sprowadzanej z Zatoki Perskiej w ramach procesu dywersyfikacji (poszukiwania alternatyw dla surowców rosyjskich). Dalsza eskalacja działań Iranu może skutkować problemami z realizacją dostaw gazu skroplonego w ramach kontraktu PGNiG z Qatargas oraz ropy w ramach umowy PKN Orlen z Saudi Aramco (taki scenariusz należy ocenić jednak jako umiarkowanie prawdopodobny).

W pierwszym przypadku chodzi o spore wolumeny (około 3 mld m3 gazu rocznie wobec 17 mld m3 zapotrzebowania), jednak ciepła zima w Europie, szeroka dostępność surowca i jego niskie ceny, powodują, że ewentualny kryzys, nawet mimo niezapełnionych magazynów, nie jest zasadniczym problemem. Chyba, że z przyczyn politycznych Gazprom zmniejszyłby eksport do Polski.

W przypadku ropy naftowej chodzi o mniejsze wolumeny (2,4 mln ton rocznie), niemniej nasz kraj z powodu zanieczyszczenia ropociągu Przyjaźń biegnącego z Rosji, nie odbiera obecnie surowca z tego kierunku. Polska korzysta z dostaw morskich (szybkość wtłaczania ropy do systemu ograniczają możliwości technologiczne terminalu w Gdańsku i ilość zbiorników separujących gatunki surowca) oraz magazynów. W tym kontekście eskalacja działań irańskich nie byłaby dobrą informacją dla władz w Warszawie i PKN Orlen. Także Grupa Lotos w takim wypadku mogłaby ucierpieć. Duży udział przerobu ropy w Rafinerii Gdańskiej to spoty, a wydarzenia w Zatoce Perskiej wpłyną na jej cenę.

Fot. Pixabay

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu Osluzbach.pl.

Na Osluzbach: Dobry moment na odwilż z Białorusią?

Nabrzmiewający białorusko-rosyjski konflikt naftowy i coraz gorsza sytuacja finansowa reżimu Aleksandra Łukaszenki to dobry moment na przedstawienie mu polskiej oferty polityczno-biznesowej i uzależnienie jej otrzymania od uregulowania kilku kwestii spornych w relacjach bilateralnych.

Większość komentarzy, które pojawiły się w polskich mediach na temat eskalacji konfliktu naftowego pomiędzy Rosją, Białorusią i Ukrainą skupia się na jego energetycznych konsekwencjach dla Polski. Podkreśla się więc, że nasz kraj jest bezpieczny ponieważ mimo wstrzymania odbioru ropy z ropociągu Przyjaźń biegnącego przez terytorium białoruskie posiadamy terminal w Gdańsku (towarzysz Gierek dał nam przykład jak dywersyfikować dostawy ropy!), którym możemy sprowadzać surowiec „z morza”.

W niedawnym tekście szczegółowo o nabrzmiewającym kryzysie naftowym pisałem na łamach Osluzbach.pl, a dziś chciałbym zaproponować trochę inne podejście do sprawy.

Oczywiście obecne natężenie przepychanek w Europie Wschodniej, których wspólnym mianownikiem jest ropa, nie stanowi zagrożenia dla Polski w sensie bezpieczeństwa paliwowego. Jeśli jednak przeanalizować je pod kątem politycznym wygląda to już zgoła inaczej.

U źródła konfliktu białorusko-rosyjskiego leży (oczywiście generalizując) coraz mniej zyskowna dla reżimu Łukaszenki kooperacja w zakresie importu ropy naftowej od koncernów takich jak Rosnieft czy Tatnieft. Rafinerie w Nowopołocku i Naftanie generujące ponad 20% wpływów budżetowych Białorusi zarabiają coraz mniej na przerobie surowca co rzutuje na kondycję całego państwa. To problem, który narasta i wpędza Łukaszenkę w coraz większą zależność od Rosji. Polscy eksperci podkreślają, że jest to proces bardzo niekorzystny dla Polski i wielosektorowy, a więc wykraczający poza obszar energetyczny i rzutujący na całe spektrum polityczne.

Na to zjawisko nakładają się także coraz większe problemy prezydenta Rosji, Władimira Putina, z utrzymaniem popularności wewnętrznej. Zwykle reperował on swój wizerunek konfliktami zbrojnymi (wojna pięciodniowa w Gruzji, aneksja Krymu), stąd pytanie czy nie sięgnie po ten środek ponownie?

Białoruś była by tu pewną możliwością co widać od pewnego czasu. Doskonale obrazuje to analiza Ośrodka Studiów Wschodnich „Koniec mitu bratniej Białorusi”, która podkreśla, że trwa zmasowana ofensywa informacyjna Rosji w białoruskiej infosferze, która może być bardzo groźna. Jej elementem są np. sugestie dotyczące możliwości powtórzenia scenariusza krymskiego/donbaskiego na wschodzie Białorusi. Władimir Putin w ostatnim czasie mocno podkreśla również konieczność zwiększenia integracji białorusko-rosyjskiego państwa związkowego (tzw. ZBiR). Wszystko to powinno napawać Polskę niepokojem, ale tak nie jest.

Jak już wspomniałem w krajowej prasie dominują tony bagatelizujące zagrożenia związane z kryzysem naftowym w Europie Wschodniej. Brakuje tu szerszego spojrzenia na poziomie państwa (niewydolnego w okresie wyborczym) i kontrolowanych przez niego spółek. To właśnie ten moment, rosyjskiej presji i chwilowego przesilenia na linii Mińsk-Moskwa, byłby dobry na działania, których wspólnym mianownikiem mogłaby być odwilż Polski w relacjach z reżimem Łukaszenki. Wsparcie na poziomie politycznym i biznesowym mogłoby być bezcenne dla przełamania impasu w stosunkach bilateralnych. Co mam na myśli mówiąc o biznesie? Np. łączone dostawy ropy (na jednym tankowcu) do rafinerii Orlenu i na Białoruś, które zmniejszałyby rosyjską presję.

Wykonywanie takich gestów, w takim momencie sprzyjałoby także stawianiu konkretnych warunków przez Polskę podczas nieoficjalnych rozmów z władzami w Mińsku. Mam tu na myśli np. uregulowanie kwestii polskiej mniejszości na Białorusi czy przymuszenie Łukaszenki do podpisania umowy o małym ruchu granicznym, która zaowocowałaby większym otwarciem tego państwa na UE, a tym samym przyciągnięciem go do Europy.

Niestety w naszym państwie nie myśli się o polityce zagranicznej w sposób strategiczny. Dobry moment na działania na Wschodzie jak zwykle zostanie zaprzepaszczony, a nowe inicjatywy zostaną wygenerowane przez władze w Warszawie w najmniej sprzyjających okolicznościach. Oczywiście pod warunkiem, że Białoruś przetrwa kolejne lata…

Fot. Kremlin.ru

PROGNOZA: MOŻLIWY KONFLIKT O ROPĘ W EUROPIE WSCHODNIEJ

Zaostrza się sytuacja na rynkach naftowych w Europie Wschodniej. Rośnie presja na rynki: białoruski i ukraiński. Czy Polska otrzyma uderzenie rykoszetem?

Kwiecień br. obfituje w doniesienia medialne świadczące o nasilającym się konflikcie naftowym pomiędzy Rosją i Białorusią:

• Władze białoruskie poinformowały o tym, że kluczowy ropociąg tranzytowy „Przyjaźń” wymaga konserwacji. Zapowiadany remont miałby wiązać się z wyłączeniem infrastruktury przesyłowej z eksploatacji. Tymczasem jest to główne źródło dostaw ropy dla rafinerii w Płocku należącej do PKN Orlen. Co ciekawe zapowiedzi dotyczące konieczności konserwacji „Przyjaźni” zbiegły się w czasie z zapowiedziami zwiększenia dostaw saudyjskiej ropy przez terminal naftowy w Gdańsku i Ropociąg Pomorski do płockiego zakładu petrochemicznego. Niewykluczone, że PKN Orlen bierze na poważnie ryzyko utrudnień w dostawach ropy z terenu Białorusi.
• Zwiększenie ryzyka eskalacji pomiędzy Mińskiej i Moskwą może sugerować także zapowiedź podniesienia taryf na przesył rosyjskiej ropy przez infrastrukturę białoruską o 23%.

Motywacje Białorusi są uwarunkowaniem wprowadzeniem przez Rosję tzw. manewru podatkowego – zastąpiono cła eksportowe podatkiem od wydobycia. To bardzo mocno uderzyło w białoruski budżet centralny, w którym sektor naftowy jest odpowiedzialny za ponad 20% wpływów (chodzi o zyski z rafinerii w Nowopołocku i Mozyrzu). Są jednak i inne powody: napływ tanich paliw z Rosji na rynki, na których sprzedają swoje produkty zakłady petrochemiczne z Białorusi.

Napięcie w relacjach białorusko-rosyjskich będą eskalować w najbliższym czasie. Świadczy o tym przynajmniej kilka informacji:

• Ukraina zapowiedziała, że udostępni swoją infrastrukturę kolejową Białorusi. Władze w Kijowie są gotowe udzielić w ramach tej współpracy istotnego rabatu swoim partnerom z Mińska. Skąd miałby pochodzić surowiec? Najprawdopodobniej z Azerbejdżanu lub Kazachstanu. Jednak ze względu na charakter transakcji typu SWAP możliwe są najróżniejsze konstelacje w zakresie zorganizowania takich dostaw. Swego czasu pojawiały się informacje, według których Białoruś współdzieliła z polskim PKN Orlen tankowce dostarczające do Europy irańską ropę.
• Najwyraźniej perspektywa wdrożenia przez Białoruś działań dywersyfikujących import ropy jest brana w Rosji pod uwagę. Premier Dmitrij Miedwiediew poinformował, że jego kraj wprowadzi zakaz eksportu ropy i produktów naftowych na Ukrainę. Zasadnym w tym kontekście wydaje się pytanie czy Flota Czarnomorska nie będzie próbowała, podobnie jak miało to miejsce w Cieśninie Kerczeńskiej, zablokować ewentualne dostawy ropy do Odessy przeznaczone dla Białorusi.

Oczywiście kiedy konflikt rosyjsko-białoruski osiągnie swoje apogeum strony powinny osiągnąć jakiś konsensus. Tak bywało do tej pory przez całe lata gdy w branży naftowo-paliwowej Mińsk i Moskwa regularnie aranżowały spory uderzające w odbiorców ropy w Polsce i Niemczech. Jedno z takich napięć doprowadziło nawet do dostaw wenezuelskiej ropy na Białoruś przez Ukrainę. Jednak pomysł szybko zarzucono ze względu na jego nierentowność. Dziś z powodu zmian na światowych rynkach naftowych (dominacja odbiorców surowca, ekspansja dostawców saudyjskich w Europie Wschodniej) wdrożenie takich działań byłoby dużo tańsze, a nawet być może pod pewnymi warunkami rentowne.

Fot. Kremlin.ru

Amerykanie naciskają na drugi gazoport w Polsce

Pierwszy kwartał 2019 r. to okres wyraźnej aktywizacji traktowanego dotąd po macoszemu projektu budowy drugiego terminalu LNG w Polsce. Są trzy główne powody tłumaczące „nowe życie” tej inwestycji.

Podczas senackiej debaty towarzyszącej rozpatrzeniu ustawy o ratyfikacji umowy między Polską a Danią ws. projektu Baltic Pipe padły bardzo ciekawe słowa:

“Ponieważ budujemy interkonektory z sąsiadami (…) by umożliwić naszym sąsiadom ewentualnie dostęp do gazu poprzez polską sieć przesyłową, no to w zasadzie prowadzi nas to do decyzji, która już jest podjęta, że w dalszej perspektywie będziemy budowali pływający terminal do odbioru skroplonego gazu w Gdańsku” – powiedział pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski.

To interesująca wypowiedź ponieważ ws. projektu budowy drugiego „gazoportu” w Polsce nie prowadzono od kilku lat w zasadzie żadnych działań komunikacyjnych. Jedyny przekaz, który pojawiał się na branżowych konferencjach, dotyczył tego, że pływający terminal LNG w Zatoce Gdańskiej to „plan B” na wypadek gdyby pojawiły się problemy z budową gazociągu Baltic Pipe. Ta rura ma pomóc uniezależnić Polskę od rosyjskiego gazu łącząc nasz kraj ze złożami norweskimi. Razem z rozbudowanym „gazoportem” w Świnoujściu, Baltic Pipe miałby umożliwić wypowiedzenie kontraktu jamalskiego z Gazpromem, który zaspokaja większość naszego zapotrzebowania krajowego na gaz ziemny.

Wypowiedź Naimskiego na temat budowy pływającego terminalu LNG w Gdańsku jest nieprzypadkowa. Pod koniec lutego wiceprezes ds. handlowych PGNiG Maciej Woźniak powiedział, że decyzja o realizacji drugiego „gazoportu” może być podjęta jeszcze w tym roku. Widać więc w przypadku tej inwestycji wyraźne wzmożenie informacyjne. Z czego ono może wynikać?

Jedną z możliwości mogą być problemy z dotrzymaniem harmonogramu Baltic Pipe. Pływający terminal LNG miał być w końcu „planem B” na wypadek opóźnienia gazociągu. Co prawda w tym kontekście mowa o budowie i zakupie własnej jednostki, ale nie wykluczałbym pod presją czasu także działań prowizorycznych np. jej wynajęcia np. od firmy Hoegh LNG. Terminy są tu zresztą bardzo ważne bo jeśli w tym roku Polska zdecyduje o zakończeniu współpracy z rosyjskim Gazpromem to w styczniu 2023 r. przestanie on wysyłać do naszego kraju gaz. Jeśli nie uzupełnimy go wolumenami z Norwegii „na stole” pozostaną jedynie połączenia transgraniczne. Ze względu na ich niewielką ilość i niską przepustowość w zasadzie tylko z Niemiec będzie można w takim scenariuszu zakupić odpowiednią ilość surowca na potrzeby polskiego przemysłu. Tyle tylko, że Baltic Pipe jest budowany z powodu braku zaufania do dostaw świadczonych przez system naszego zachodniego sąsiada, który posiada przecież połączenie infrastrukturalne ze złożami norweskimi, po które chce sięgnąć Polska…

Druga możliwość nagłego przyśpieszenia projektu budowy drugiego terminala LNG to gwałtowny wzrost konsumpcji gazu ziemnego w Polsce, który przewidywałem w licznych tekstach w ostatnich latach. Zespół Piotra Naimskiego jest jednak wyraźnie zaskoczony skalą tego zjawiska. Tylko w 2018 r. w stosunku do 2017 r. nasz kraj zużył o około 1 mld m3 „błękitnego paliwa” więcej. To bardzo dużo. W wystąpieniu senackim pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej skorygował już zdezaktualizowane prognozy operatora sieci, spółki Gaz System, i poinformował, że w latach 20. Polska będzie zużywała grubo powyżej 20 mld m3 surowca (w 2017 r. było to nieco ponad 16 mld m3)!

Trzecia możliwość dość nagłej zapowiedzi budowy drugiego „gazoportu” może dotyczyć coraz ściślejszych związków gospodarczych naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. W ubiegłym roku zawarto z Amerykanami gigantyczne umowy na odbiór LNG z powstających w USA terminali. Niewykluczone, że PGNiG będzie zawierać kolejne, a by je odebrać potrzebna jest nowa infrastruktura. W takich działaniach nie chodzi jedynie o zapewnienie Polsce bezpieczeństwa energetycznego, ale być może jest to po prostu tzw. transakcja wiązana. Władze w Warszawie walczą o zwiększenie obecności amerykańskiej armii nad Wisłą, pozyskanie nowoczesnego uzbrojenia z USA etc. Jednym z warunków Waszyngtonu na takie ruchy może być maksymalizacja korzyści gospodarczych. Stany Zjednoczone powoli urastają w ostatnich latach do roli kluczowego eksportera węglowodorów. Prezydent Donald Trump wielokrotnie zapowiadał, że uzyskanie rynków zbytu dla gazu i ropy, które są pozyskiwane dzięki rewolucji łupkowej w USA, jest dla niego priorytetem. Uważnym obserwatorom znana jest również jego żyłka biznesowa. Tymczasem zacofane dotąd infrastrukturalnie obszary Europy Środkowej, zdominowanej przez rosyjski Gazprom, nadają się idealnie do jego wizji polityki zagranicznej łącząc duży zysk z hasłem „Make America Great Again.

Fot. Hoegh LNG

Maciążek w RDC: Plan Schetyny ws. węgla realny

Gościem audycji “Polityka w południe” prowadzonej przez redaktora Michała Kolankę był Piotr Maciążek – ekspert ds bezpieczeństwa energetycznego.

Rozmowa dotyczyła m.in. kwestii cen energii, “ustawy prądowej”, relacji ministrów Krzysztofa Tchórzewskiego i Jadwigi Emilewicz czy antywęglowych deklaracji Koalicji Obywatelskiej i Wiosny.

Fot. RDC